Daniel Pipes
Strona mobilna
Strona klasyczna

Cichy sukces Netanjahu

autor: Daniel Pipes
Jerusalem Post
30 wrzesień 2009

Oryginał angielski: Netanyahu's Quiet Success
Tłumaczył: Mateusz J. Fafiński

Prawie nie zauważono sukcesu, jaki odniósł Beniamin Netanjahu w zeszłym tygodniu, kiedy Barack Obama ugiął się w kwestii swojej polityki. Ta zmiana stanowiska sugeruje, że stosunki USA-Izrael nie zmierzają do katastrofy, której się obawiałem.

Barack Obama między Beniaminem Netanjahu, premierem Izraela (po lewej) a Mahmudem Abbasem, przywódcą Autonomii Plaestyńskiej.

Cztery miesiące temu nowy amerykański rząd zaczął nagle kłaść wielki nacisk na wstrzymanie rozbudowy izraelskich "osiedli". (To termin, którego nie lubię, ale używam tu dla w charakterze skrótu myślowego). Co ciekawe, amerykańscy przedstawiciele chcieli nie tylko zatrzymania budownictwa mieszkaniowego dla Izraelczyków na Zachodnim Brzegu, lecz także we wschodniej Jerozolimie, terytorium będącemu prawnie częścią Izraela od prawie trzydziestu lat.

Inicjatywę oficjalnie ogłosiła Sekretarz Stanu Hillary Clinton 27 maja, oświadczając, że prezydent USA "chce wstrzymania budowy osiedli – nie dla osiedli, nie dla placówek, nie dla rozbudowy dla naturalnego wzrostu populacji", dodając jeszcze, że "mamy zamiar naciskać w tej kwestii". Obama 4 lipca wyważył nieco to wystąpienie: "USA nie akceptują prawnej podstawy dla izraelskich osiedli [...] nadszedł czas, by zatrzymać ich budowę". Dzień później dodał, że "osiedla są przeszkodą dla pokoju". 17 lipca Clinton powtórzyła: "Chcemy zatrzymania budowy osiedli". I tak dalej, bez przerwy.

Skupienie się na kwestii osiedli miało przewidywalny acz nieprzyjemny skutek w utrudnieniu procesu dyplomatycznego. Zachwycony przywódca Autonomii Palestyńskiej Mahmud Abbas odpowiedział na żądania USA wobec Izraela oświadczając, że "Amerykanie są przywódcami świata [...] będę czekał aż Izrael wstrzyma osadnictwo". Cóż z tego, że Abbas osobiście negocjował z sześcioma izraelskimi premierami od 1992 roku i za każdym razem bez oferty wstrzymania osadnictwa: dlaczego miałby teraz żądać mniej od Obamy?

W Izraelu postawa Obamy spowodowała masowy spadek poparcia dla niego i wzrost dla Netanjahu. Co więcej, oferta Netanjahu ustanowienia tymczasowych ograniczeń budowy osiedli na Zachodnim Brzegu spowodowała bunt w jego własnej partii – Likudzie – prowadzony przez Danny Danona.

Plakat przedstawiający Baracka Obamę w arabskim nakryciu głowy w centrum Jerozolimy – 14 czerwca 2009 r.

Geniusze z administracji Obamy wreszcie zrozumieli, że to podwójne usztywnienie stanowiska skazuje na porażkę ich naiwny i pełen pychy plan rozwiązania konfliktu izraelsko-arabskiego w dwa lata. Prezydent pogodził się z rzeczywistością publicznie 22 września na "szczycie", który zwołał wraz z Abbasem i Netanjahu (naprawdę, świetna okazja do zrobienia sobie zdjęć). Obama poddał się, mówiąc, że "uczyniliśmy postępy" w kierunku rozwiązania konfliktu izraelsko-palestyńskiego i podając jako jeden z argumentów, że Izraelczycy "rozważyli poważne kroki w kierunku ograniczenia osadnictwa".

Te siedem słów milczącej pochwały dla minimalnych ustępstw ze strony Netanjahu ma poważne konsekwencje:

Co ciekawe zwolennicy Obamy generalnie uznali to za porażkę, podczas gdy przeciwnicy zdają się jej nie dostrzegać. Edytorial "Washington Post" nazwał to "przekalkulowaniem" a Jonathan Freedland z "Guradiana" zauważył, że "przyjaciele Obamy obawiają się, że stracił on twarz w regionie, w którym twarz naprawdę się liczy".

Dla kontrastu, przeciwnicy Obamy skupili się na jego oświadczeniu, zaledwie jeden dzień po "niby-szczycie", że "Ameryka nie akceptuje legalności dalszego izraelskiego osadnictwa" – formułkowe stwierdzenie, które w żadnym stopniu nie zmienia faktu ustępstwa w sprawie osiedli. Niektórzy z tych, których podziwiam najbardziej, przegapili ten fakt: John Bolton, były ambasador USA przy ONZ oświadczył, że Obama "położył Izrael na katowskim pieńku", a krytycy wewnątrz Likudu oskarżyli Netanjahu, że "przedwcześnie świętował" zmianę amerykańskiej polityki. Niezupełnie. Polityka może zmieniać się szybko, jednak dokonana w zeszłym tygodniu kapitulacja zdradza przejawy długotrwałej zmiany kursu.

Wielokrotnie wyrażałem głębokie zaniepokojenie polityką Obamy wobec Izraela, więc kiedy pojawiają się dobre wieści (a to już drugi raz w ostatnim czasie), trzeba świętować. Kapelusze z głów przed Bibim – oby miał dalsze sukcesy w kierowaniu amerykańskiej polityki na właściwe tory.

Następne zadanie: główny problem Bliskiego Wschodu – irański program atomowy.

Related Topics:  Konflikt i dyplomacja arabsko-izraelska, Polityka zagraniczna USA zaabonuj bezpłatną, cotygodniową listę wysyłkową daniela pipesa po polsku